Ten dzień zapowiadał się...naprawdę cudownie. Może nie nadrobiłem tego wszystkiego, ale miałem świadomość, że... Gdzie może?! Na pewno tego nie nadrobiłem, bo jest to niewykonalne. Niby jak można w ciągu jednego dnia zwrócić to, co mogło się dziać przez prawie cztery lata?!
Ale poczułem się jak za tamtych czasów. Tylko Ty i ja. Zero odpowiedzialności... Chciałbym wrócić do tych chwil. Aczkolwiek zdołałem też zauważyć swoją zmianę - dorosłem. I to mnie powstrzymuje przed śmiałym myśleniem, czy powrót do przeszłości byłby dobrą decyzją...
Idąc otworzyć z Luką zastanawiałem się, kto mógłby dzwonić. Jakiś gość? Gdzie tam, przecież wszyscy, którzy powinni być już tu byli.
Podsadziłem małego, aby mógł nacisnąć klamkę, bo sam by tego nie zrobił. Jego samozadowolenie po tym nie znało granic, a moje... Moje zniknęło, kiedy ujrzałem osoby stojące po drugiej stronie drzwi.
Oni.
Ci, przez których utraciłem ponad trzy lata.
Ci, którzy nie pozwolili mi naprawić swojego błędu od razu.
Twoi rodzice...
- Babcia, dziadzia! - pisnął nasz synek, który wyrwał się z moich ramion i wtulił się w nogi Victorii, Twojej matki. Jednakże dla nich w tej chwili nie liczył się wnuk. Skupiali się na mnie.
Ich spojrzenia mnie świdrowały, na pewno nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Że ja tu jestem. Poznali mnie, w końcu za dużo się nie zmieniłem na przestrzeni lat. Może straciłem trochę włosów i zewnętrznie zacząłem przypominać mężczyznę. Ale w większości pozostałem sobą. Sobą, którego nienawidzili.
- Kto przy... - momentalnie urwałaś, zjawiając się w korytarzu. Oni nawet nie drgnęli, Twoje pojawienie się nic tu nie wniosło. Jeszcze...
Nie zastanawiałem się wcześniej, jak miałaby ta rozmowa przebiec. Za nic w świecie. Miałem ważniejsze sprawy na głowie, niż zaprzątanie sobie jej tą rozmową. A powinienem też i o niej pomyśleć. Chociaż przez chwilę...
- Co on tu do diaska robi - syknął Twój ojciec, bezceremonialnie wskazując na mnie palcem. Nieładnie, trochę kultury nie zaszkodzi, proszę pana.
Hardo patrzyłem się na niego. Teraz nie wymięknę, nie mogę. Muszę pokazać, że mam jaja, że tym razem nie ucieknę przy pierwszej lepszej okazji.
- Luka, idź do cioci Marie i Sary - szepnęłaś półgłosem. Miałem świadomość, że zaraz się popłaczesz, a ja... A ja nie będę mógł Cię przed tymi łzami ochronić.
Chłopczyk bez protestów pobiegł z powrotem do środka. Jak widać, nawet jak na dziadków nie mają za dobrych relacji z kimkolwiek. Szczerze? Nie dziwię się. Nigdy ich nie lubiłem, a po tym, jak bardzo nas skrzywdzili, nie pozwalając mi nawet na promyk nadziei...
- Co tu do cholery robisz - tym razem zwrócił się do mnie. Dalej brzmiał sucho, a jego głos wypełniony był jadem. Na całe szczęście nie był zdolny do kąsania, bowiem skończyłoby się to naprawdę źle.
Kątem oka widziałem, jak drżysz, słysząc ten ton. Ostatnim razem był on użyty wobec mojej osoby w dniu, kiedy to ostatni raz próbowałem podjąć próbę odzyskania Cię kilka miesięcy po Twoim, wówczas, 'zniknięciu'...
- Też się cieszę, że pana widzę - na domiar złego uśmiechnąłem się sztucznie, a jednocześnie pewnie. W końcu zyskałem siłę, aby w jakikolwiek sposób się sprzeciwić.
- Wcześniej nikt nie odczuwał Twojego braku, gówniarzu - wpatrywał się we mnie z istną nienawiścią. Nie pozostawałem mu dłużny.
Naprawdę mi przykro, że Twój dzień tak teraz przebiega. Że Ci go niszczę...
- Jak w ogóle mogłaś wpuścić go do swojego życia?! - wykrzyknęła Twoja matka.
Momentalnie przeniosłem wzrok na kobietę. Myśli, że krzykiem cokolwiek zdziała.
Cofnąłem się bliżej Ciebie, 'zasłaniając' Cię przed kolejnymi atakami. Teraz musiałem Cię bronić, skoro wcześniej nie byłem w stanie.
- Sam się wprosiłem i teraz nie mam zamiaru z niego odchodzić.
- Zobaczymy, na jak długo - odpowiedzieli zgodnie, a ja prychnąłem. Dobre sobie.
- Nie jestem tym samym człowiekiem, jakim byłem cztery lata temu.
- Tacy jak Ty nigdy się nie zmieniają. Zawsze tchórzycie - syknęła kobieta.
Te słowa bolały... Bo były zarzucane w sumie bezpodstawnie. Nie wiedziała, jaki teraz jestem. Że teraz chcę walczyć i że będę walczył. Nie spocznę, dopóki nasze szczęście nie będzie pełne. Nie spocznę, dopóki nie będzie dobrze, jak wtedy, kiedy nie było żadnego zobowiązania. Tylko Ty i ja. Chociaż chciałbym powrotu do tych czasów... To nie żałuję tego, jak jest teraz. Tego, że mam Ciebie, mamy cudownego dzieciaka, dla którego zrobię wszystko. Tego, że chcę z Tobą założyć rodzinę. Być przy Tobie, z Tobą i dla Ciebie...
- Minęło sporo czasu, nie wie pani, jak teraz jest.
Wtuliłaś się w moje plecy. Czułem na nich mokre kropelki. Płakałaś... A mi pękało serce. Moje zaciśnięte pięści zostały otulone Twoimi kruchymi dłońmi. Bałaś się... A ja nie byłem w stanie tego powstrzymać.
- Widzę, że znów ją omotałeś - Henryk zlustrował nas spojrzeniem. - Dwa razy się nie wchodzi do tej samej rzeki, nie słyszałaś?
Zapadła między naszą czwórką chwila uciążliwej ciszy. Nienawiść, jaka była między mną, a nimi dało się wyczuć z kilometra. Gdybym był idiotą, to bym liczył na to, że wybaczą mi od tak, a dodatkowo udzielą nam błogosławieństwa! Ale przez czas, jaki spędziłem z Tobą w Monachium, zdążyłem się przekonać o tym, jacy tak naprawdę są. Twoja matka miała rację. Tacy, jak oni się nie zmieniają. Żmije na zawsze pozostają żmijami. Ale ja... Jestem zupełnie inny. Przestałem być tym pieprzonym egoistą, zapatrzonym w siebie gówniarzem. Dziś żyłem dla Was.
- Oboje dorośliśmy... - wychyliłaś się zza mnie. Twój ton był niepewny i dało się usłyszeć, że płakałaś. - I to moje życie, nie Wasze.
- Zobaczmy, jak długo będziesz tak śpiewać, moja droga. Zobaczymy - czy to otwarta groźba?
- Radziłbym Wam obojgu teraz uważać, bo to wszystko... Może się naprawdę źle skończyć - po wypowiedzeniu tych słów opuścili dom Marie, nawet nie wypowiadając jakiegokolwiek słowa pożegnania. Tak samo jak szybko się zjawili, to tak samo zniknęli...
Wybuchłaś spazmatycznym płaczem. Błyskawicznie się obróciłem i zamknąłem Cię w swoim uścisku. Dźwięk Twych łkań wywiercał dziurę w moim sercu. Nienawidziłem tych chwil, kiedy płakałaś. To był koszmar...
- Nie płacz, skarbie - szepnąłem, gładząc Twoje plecy. Zaciskałaś swoje ramiona wkoło mojego ciała, mocno wtulając twarz w moją pierś.
- Boję się tego, co...co mogą teraz zrobić. Przecież dobrze wiesz...co działo się wtedy... - wiem, i to potwornie bardzo.
- Nie pozwolę, aby cokolwiek Ci się stało. Tobie i Luce. Przy mnie jesteście bezpieczni, słyszysz? - schwyciłem Twoje policzki i uniosłem Twoją twarz. Miałaś zaszklone, pełne strachu oczy.
- Słyszę...
- Dzieciaki... - to była Marie. Przeniosłem na nią wzrok. Także nie była za specjalnie radosna. A kto teraz w ogóle był? Pewnie cała ulica słyszała to, co się działo chwilę temu. Dzielnica może też...
- Nie pozwolę, aby cokolwiek im się stało - przyrzekłem ciotce. Tobie przecież też. Zrobię wszystko, aby uchronić Was przed konsekwencjami mojego błędu sprzed lat.
dobrze wiecie, jaka jestemXD
no to tak, zaczęły się wakacje, czyli 24/7 czasu poświęconego na pisanie... yay, nareszcie! tyle czekania, aby robić to na legalu, bez obawy o swoje oceny, haha
jakieś plany na wakacje? :)

wo, no to się porobiło :'/
OdpowiedzUsuńcoś czuję, ze jej rodzice nie poprzestaną tylko na tej ''ostrzegającej'' wizycie...
czekam nn <3
Ugh...
OdpowiedzUsuńJuz ich nie lubiem... Bardzo nie lubiem
Ivi no ❤ wiesz, że mam słabość do niego w twoich opowiadaniach xddd
Cud ❤
Miód ❤
Malina ❤
Czekam na kolejny <33
KC ❤❤❤
Wrrr... Niech sie mi juz tutaj nie pokazuja.
OdpowiedzUsuńSpina na lini zięć - teściowie jakie to typowe 😂 czekam na kolejny;)